MARK

MARK

1.2.2017 / godz. 20:21 / DDA

Chcę wreszcie pozwolić sobie na smutek. Nie chce mi się już udawać i pokazywać, jaki to zabawny, przepełniony szczęściem ze mnie chłopiec. Serdecznie dość mam tego sztucznego, cholernego humoru, który w żadnym wypadku nie odnosi się do mojego stanu psychicznego. Już zapomniałem jak to jest skończyć z udawaniem i pokazać komuś, że tak naprawdę wcale nie jest mi do śmiechu, że mam dość wszystkiego i cholernie się boję. Czego? Wszystkiego, ogólnie (i nie ogólnie) rzecz ujmując. Nie mam ochoty na uśmiech, nie mam ochoty na maski. Moje wahania nastroju, jak już zauważyłem, zmieniają się przynajmniej 5 razy w miesiącu, tak jakbym raz był tutaj, a raz tam. Jakbym żył w kilku osobach i w końcu jedna się męczy i wypycha do działania tą drugą. Cholera. Chcę spokoju. Dlatego uczestniczę w Terapii Dorosłych Dzieci Alkoholików.

2.2.2017 / godz. 21:35 / Refleksja

W moim przypadku brak "jakichś-tam-przyjaciół"(w końcu mogę się do tego, w prosty sposób przyznać) jest być może w jakie sposób błogosławieństwem. Dopiero teraz zauważam (nie mając przy sobie nikogo, kto pójdzie za mną w ogień, czy chociażby wytrąci własnym kosztem, dopalającą się zapałkę z rąk) - że mój system samozachowawczy zaczyna momentami działać poprawnie.

3.2.2017 / godz. 17:48 / DDA

Zawsze byłem chłodny i opanowany, gdy zdawałem przyjacielowi relacje z sytuacji domowych. Myślałem, że podczas uczestnictwa w Terapii DDA złe duchy przeszłości nie wyciągną do mnie swoich łap i nie zaczną prać w mojej głowie "tamtych" spraw aż tak boleśnie. Byłem w błędzie. Nie da się tak łatwo porzucić starego życia, stworzyć za sobą linię typu "było, minęło". Okropnie się czuję.

3.2.2017 / godz. 18:17 / Kamienica

Codziennie by dotrzeć do domu, przechodzę pod wiaduktem klejowym. Widzę te wszystkie pociągi sunące nade mną i... w sumie zrobiłem postęp, bo jeszcze pół roku temu, myślałem, by pod pociąg skoczyć, a teraz myślę, czy się gdzieś nim nie wybrać. Przed siebie. Nie chce mi się wracać do kawalerki, którą najmuję, czuję w niej smutek mimo, że jest przytulna, w ciepłych beżach drewna i czystej bieli (skandynawski styl). Dlaczego czuję w niej smutek? Z powodu samotności ogólnie? A może to wina dyskoteki nad moją głową, którą codziennie urządzają sąsiedzi z mieszkania nr 5. Perspektywa kolejnych 2 lat w tym miejscu, wypełnia mnie przerażeniem. Uważam, że nie czeka jeszcze mnie tutaj cokolwiek interesującego, czegoś co pozwoli mi się rozwinąć, spojrzeć na życie z innej perspektywy (no może chociaż na Terapię DDA mam blisko). Zmęczenie materiału, na całej pieprzonej linii.

4.2.2017 / godz. 21:30 / Ludzie

Pójdę na zabawę karnawałową jako osoba towarzysząca... jako ostatnia deska ratunku. Czy ta dziewczyna była aż tak zdesperowana, że poprosiła mnie o to? Zapytałem ją z ciekawości co zdecydowało, że padło w ostateczności na mnie? Powiedziała: "dobrze wyglądasz, jesteś oczytany i nie pijesz". Cieszę się. Bardzo. Ubiorę garnitur, ogolę się, zaczeszę grzywkę na bok i najważniejsze - zdejmę okulary :) Kurczę, super :)

5.2.2017 / godz. 11:12 / Sąsiedzi

Mieszkanie numer 2. Siódmy już miesiąc najmuję mieszkanie w kamiennicy, a do tej pory nie miałem okazji widzieć twarzy sąsiada z mieszkania nr 2 (jedynie plecy i ubiór). Ogólnie nieszkodliwy człowiek, przede wszystkim unikający kontaktu ze zmieniającymi się tu co kilka lat lokatorami. Wydaje się dość płochliwy, przyspiesza kroku, gdy ktoś się zbliża. Nigdy się nie odwraca. Właściciel kamienicy chętnie o nim opowiada, uchylając rąbków tajemnicy z jego życia. Wiadomo, że Pan zamieszkujący mieszkanie z numerem 2, jest około 65-cio letnim, samotnym kawalerem, emerytem, Świadkiem Jehowy. Jak na swoje lata bardzo sprawnym (wyprostowana sylwetka, prężny, pewny, długi krok, sprawne i zdecydowane ruchy). Zazwyczaj widuję go ze sportowym plecakiem, w niemodnych jeansach, czapce baseballówce, całorocznych butach trekkingowych, i również całorocznej, czarnej, skórzanej kurtce (woskuje, że buty i kurtka całoroczne, bo widuje go w tym samym od sierpnia 2016 rok, a mamy luty 2017). Owy Pan mieszkanie w kamienicy (z relacji właściciela) najmuje już 20 rok. Właściciel wspomina o tym z mieszanym żalem przy różnych okazjach, cytuję: "przydałoby mi się tamten pokój połączyć z moim mieszaniem, ale przecież go nie wyrzucę, bo mieszka tu już 20 rok". Sąsiad spod 2, ma samotną konkubinę (nigdy jej nie widziałem), która mieszka w bliskiej okolicy. Ta Pani średnio 2 razy w miesiącu odwiedza go i spędza z nim całą noc snując głośno monolog rechotliwym głosem. Drzwi mega cienkie, oni w jednym pokoju 4 x 4 metry – głos się niesie aż do poddasza. Nawet jakby ktoś nie chciał podsłuchiwać, to mimowolnie jest bombardowany jego/ich życiem. Wszyscy mieszkańcy są na bieżąco, szczególnie właściciel, którego łączy z jego kawalerką wspólna ściana w sypialni.
PS. Nie mam do niego żalu, że nie odgarnia łopatą śniegu w koło kamienicy i chodnika. Jestem w stanie mu to wybaczyć z racji wieku przede wszystkim.

6.2.2017 / godz. 20:02 / Lęk

Boże, od czego zacząć pisać? Tyle złych rzeczy się u mnie wydarzyło w ciągu jednego, dzisiejszego dnia… Wiem, że powinienem to opisać, wyrzucić z siebie... już, teraz, na gorąco! Nie umiem… Płaczę. Boże pomóż mi, bo zrobię sobie krzywdę, by już nie czuć nic, by już ojciec mnie nie maltretował. Boże. Zauważ mnie.

6.2.2017 / godz. 21:27 / Ludzie

Mam lekarza, z którym współpracuję co wtorek. On z uporem maniaka (gdy ja próbuję wstawiać się za niektórych pacjentów np. z nowotworami w sprawie przyjęć), on mi powtarza: "pamiętaj, każdy dobry uczynek zostanie ukarany". Kiedyś się z tego śmiałem... później zacząłem się przyglądać rozwojowi poszczególnych sytuacji, w których interweniowałem własną dupą za obcych ludzi, a na dzień dzisiejszy potwierdzam – tak, każdy dobry uczynek zostanie ukarany. Wczoraj zostałem zaproszony na imprezę urodzinową, którą organizował najlepszy kolega mojego przyjaciela. Solenizanta chciałem uhonorować odpowiednim prezentem i kupiłem mu za 60 zł ciekawą książkę napisaną na podstawie prawdziwych wydarzeń (prezenty trafiony) i dołożyłem do koperty z życzeniami pieniądze (200 zł). W nocy odebrałem telefon i usłyszałem w słuchawce kpiący głos kolegi: "Otworzyłem Twój prezent, książka fajna, ale kasą mnie obrażasz, bo mnie się dobrze powodzi, a Ty za mało zarabiasz by szastać takim kwotami".
Zatkało mnie. Człowiek chce dobrze, a dowie się że ma gówniane wypłaty i bogaczowi drobna sumka 200 zł po prostu uwłacza. Było mi bardzo przykro. Bardzo. Każdy dobry uczynek zostanie ukarany.

7.2.2017 / godz. 8:52 / DDA

Mam świadomość tego, że podczas indywidualnej terapii DDA powinienem zgłosić myśli samobójcze oraz silnie obniżony nastrój. Resztki rozsądku mi to podpowiadają. Boję się jednak do tego przyznnać, bo podejrzewam, że Terapeuta przekieruje mnie do Poradni Zdrowia Psychicznego celem leczenia zaburzeń psychicznych, a tam prócz zebrania wywiadu i postawienia diagnozy zapewne przepiszą mi leki psychotropowe, których na obecną chwilę nie mam ochoty zażywać. Nie chcę się wygłuszać, wyciszać i uspokajać, bo przestanę wtedy racjonalnie myśleć. Nie jestem bezrobotny, bez zobowiązań, bym w pełni depresji mógłbym sobie pozwolić leżenie na łóżku, patrzenie w sufit i płacz całymi dniami. Nie mam też zatroskanych bliskich, którzy by mnie utrzymywali gdy ja zaniemogę, płacili rachunki i podawał pod gębę jedzenie na czas ciągnącego się leczenia na psychotropach. Musze pracować, płacić dwa czynsze, dopilnowywać wielu spraw w pracy, organizować dni, by przetrwać. Przede wszystkim czuję, że to nie ja powianiem się zjawić w PZP, a mój ojciec psychopata. Niestety na zwyrodnialca nie ma nikt siły. Za to ja czuję się coraz to gorzej. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, podejrzewam, że to przez bieżące sprawy, sytuacje, które ojciec mi gotuje, a im dłużej nie mam z nim kontaktu (np. tydzień) to po tym pada od niego mocniejszy cios. Prawo Polskie jet takie, że zawsze będzie chroniło bydlaków i katów (mopsy, zapomogi itp.) Uprzejmie Panie z MOPS oraz innych instytucji z miłą chęcią pomogą biednemu tatusiowi napisać pismo do Sądu w sprawie narzucenia alimentów na dziecko, bo ono go utrzymywało. Zawsze to ofiara będzie uciekać, wyprowadzać się, bać, będzie pociągana do odpowiedzialności utrzymania alkoholika brutala. A w razie np. bezrobocia na ofiarę zostanie nałożona kara od uchylania się od podjęcia pracy (niby by uchylać się przed alimentami na tatusia), a dodatkowo dług alimentacyjny z odpowiednim procentem – będzie rósł mino to. W rezultacie na koniec gdy zestarzały tyram już nie będzie umiał sobie sam podetrzeć dupy – Sąd narzuci obowiązek opieki nad biednym, schorowanym doświadczonym życiowo tatusiem i wpierniczy go nakazem do domu krzywdzonego dziecka i jego rodziny. No chyba, że ma się 4 tysiące na miesiąc aby opłacać pobytu w Domu Opieki. Ja nie mam.
Myślałem ze uczestnictwo w DDA po miesiącu mnie uzdrowi, postawi na nogi, doda skrzydeł by działać, myśleć o sobie, nie bać się ojca, by zacząć nosić głowę wysoko, wyprostować się... a tu się okazuje, że otwieranie blizn będzie trwało minimum ze 2 lata. Każde spotkanie kończy się tym, że czuję się jak zbite pasem do krwi dziecko w kącie ciemnego pokoju. Czuję się opuszczony. Bezsilny. Źle mi strasznie na sercu.

8.2.2017 / godz. 6:42 / Ojciec

Współpracowałem z lekarzem onkologiem. Byłem przygnębiony swoją obecną sytuacją na tyle, że w chwili gdy lekarz rzucił w moją stronę żartem: "coś taki markotny, świat Ci się skończył?", odpowiedziałem: "tak, mam myśli samobójcze". On potraktował to oczywiście jako żart, po czym dodał: "patrz ile tu ludzi ze złośliwymi nowotworami, nie jeden by się z Tobą zamienił".
Ja też mam raka – to mój ociec. On sieje spustoszenie w mojej głowie i sercu. On codziennie mnie zatruwa swoim jadem, powoli, bym moja dusza umierała stopniowo w mękach. On jest niezniszczalny, a każda podjęta próba zneutralizowania go kończyła się dla mnie porażką i wielkim bólem, jak po źle zniesionej chemioterapii. Zajmuje miejsce w moim życiu, jak rak w ciele chorej osoby, nie pozwala na wolność i radość. Fakt, mieszkam już teraz sam (płacę z to ciężko swoją krwawicą), a mimo to czuje lęk idąc chodnikiem, czy on nie czeka za rogiem. Jak rak – nie pozwala mi snuć planów na przyszłość, bo nie wiadomo co przyniesie kolejny dzień. Od osoby chorej na nowotwór odsuwa się większość znajomych, którzy nie potrafią nieść z chorym ciężaru choroby. U mnie jest podobnie – mało kto jest wytrwały przez tyle lat towarzyszyć mi w tym ciemnym labiryncie. Mój rak mnie wyniszcza, osłabia, nie mogę jeść, wymiotuję, tracę na wadze. Mam bladą lub nawet czasem siną skórę. Nocami mi duszno, jakby on siedział na mojej klatce piersiowej. Mam koszmary. Wstaję wystraszony i niewyspany. Ze zmartwień miewam gorączki z jednoczesnym uczuciem zimna. Też z powodu swojego raka chodzę do dwóch lekarzy, może wkrótce i do trzeciego. Lekarstwa nie ma.
Różnica u osoby faktycznie chorej nieuleczalnie na nowotwór, a u mnie jest taka, że ja nie mam bliżej określonego czasu zakończenia swojego cierpienia. Co nas łączy? – brak nadziei. Na końcu przegrana.

9.2.2017 / godz. 6:30 / DDA

Waham się czy przyznać się podczas terapii DDA, że miałem myśli samobójcze. Teraz wystarczy tylko coś wspomnieć w tym temacie, a zaraz niepotrzebnie się interweniuje: włącza leki psychotropowe, psychoterapie, szpital psychiatryczny... Właściwie, to faszerują prochami i zamykają ofiary przemocy, które szukają porady, a chorzy sprawcy, tyrani zostają poza kontrolą. Miałem pół roku praktyk w Szpitalu Psychiatrycznym. Wiem co tam się dzieje. Moja osobista opinia jest taka, że tam nie leczy się tylko truje i gnębi ludzi. To wstyd, że istnieją miejsca gdzie można trafić i zostać zamkniętym za powiedzenie czegoś nieodpowiedniego.
Samo leczenie farmakologiczne w Poradni Zdrowia Psychicznego? - leki psychotropowe w takim przypadku zapewne mają pełnić na siłę rolę "dodania barw i przedłużacza życia". Nie wiem czy to jest odpowiednie podejście. Choć słyszałem o ludziach, którzy (niby) właśnie dzięki lekom dostali drugą szansę na szczęśliwą egzystencje. Na razie mam zamiar wypróbować to na własną rękę. Dziś wypiszę sobie receptę. Zażyję.

10.2.2017 / godz. 0:00 / Spokój

Wypisałem sobie w pracy receptę na poprawę humoru (zażyłem Xanax, 1 mg.)
Nie, nie zdejmę lampek choinkowych ze ściany (lubię je).
W końcu dłuższe włosy (zapuszczam na tę zabawę karnawałową).
W końcu bez okularów (wypróbowuję tygodniowe szkła kontaktowe).
W końcu bez zarostu (promocja na maszynki Gillette -50%)

   

11.2.2017 / godz. 0:00 / Refleksja

Zbyt wrażliwy, zbyt spokojny i zbyt szczery jestem. W tym tkwi problem.
Tak, to moja wielka słabość... Odbieram dobre lub złe wibracje w każdym miejscu, w którym jestem. Wystarczy, że wejdę do jakiegoś pomieszczenia, w którym są ludzie i czuję, w jakim są humorze. Słyszę w głosie ludzkim różne tony i odcienie wypowiedzi. Nie muszę usłyszeć słów, aby wiedzieć, co ktoś myśli o mnie i otaczającym go świecie. Czuję zapachy, których nikt wokół mnie nie czuje, np. zapach ścian w budynkach. Widzę więcej odcieni i kolorów. Widzę nawet kolor powietrza. Po dźwięku zamykanych drzwi wiem, w jakim ktoś jest nastroju. Wrażliwość to moje wielkie przekleństwo, bo nie jestem odporny na trudną i okrutną rzeczywistość. Wiele złych rzeczy zauważam i one mnie dobijają. Rzeczywistość nie pozostawia dla takich jak ja na świecie zbyt dużo miejsca, uwagi i szacunku. Panuje moda na bycie przebojowym, niewrażliwym chamem. Podziw wzbudzają ludzie, po których wszystko spływa jak po przysłowiowej kaczce, którzy szczycą się grubą skórą i tym, że niczym i nikim się nie przejmują, którzy po trupach osiągają swój cel, bo cel jest najważniejszy. Moje cechy charakteru zostały wrzucone przez ludzi do szuflady z napisem "słabość". Chętnie je oddam komuś kto myśli, że "wrażliwość człowieka jest jego siłą". Reklamacji nie przyjmuję.

12.2.2017 / godz. 13:00 / Praca

Altruizm w pracy? Już nie! Wykreślam to ze swojego zachowania!
W pracy zawsze wszystko, co robiłem chciałem zrobić jak najlepiej potrafiłem, bez oglądania się na dodatkowe wynagrodzenie czy pochwałę. I chociaż w duchu powtarzałem sobie, że przecież pewne rzeczy nie należą do moich obowiązków, to i tak brałem na siebie dodatkowe obowiązki w imię serdecznej pomocy. Bo umiałem, bo mogłem, bo komuś ta moja praca się przydała...
Z perspektywy czasu zacząłem zauważać ile to przysporzyło mi dodatkowych nieprzyjemności, zawiści współpracowników i wielkiego zmęczenia! Ile niepotrzebnego rozgoryczenia, gdy okazywało się, że w sumie nikt tej pracy nie docenił, a wręcz przyjął jako coś należnego i chciał jeszcze więcej!
Od dziś z tym koniec. Koniec zaangażowania, współczucia, wyciągania pomocnej dłoni. Koniec dobrowolnej, bezpłatnej pracy na rzecz innych wykraczającej poza moje obowiązki. Dość pomocy koleżeńskiej! Koniec mojej empatii i wielkiego altruizmu.

12.2.2017 / godz. 16:05 / FILMY Sport

Skakanka. Najwyższa pora by kawał sznura zaczął mi się inaczej kojarzyć.
Ja - początkujący na siłowni, zagubiony i skrępowany... i reszta - tacy sexy, tacy fit, tacy neonowi i profesjonalni. Pierwszy raz widziałem prawdziwą sztangę. Nie potrafiłem ustawić bieżni. Ergometr wydawał się być zagadką na miarę Złotego Pociągu, a orbitrek i koordynacja moich ruchów nie szła z sobą w parze. Wstydziłem się podejść do trenera, a ten nie wyszedł z inicjatywą. Wywołałem kilka złośliwych uśmieszków. Usłyszałem, że skakanka jest dla nieudaczników i żebym dołączył na fitness dla bab. Spoko, mam alergię na buractwo więc zabrałem skakankę i udałem się na inną salę. Miałem spokój.

13.2.2017 / godz. 18:04 / Ludzie

I doszło do tego, że od jutra zaczynam nosić na czole kartkę z prostym przekazem dla wszystkich, których spotykam na swojej drodze: "Proszę mnie nie oswajać".

14.2.2017 / godz. 5:11 / Spokój

15.2.2017 / godz. 8:30 / Ludzie

Poradnia Zdrowia Psychicznego. Rejestracja. Godzina 07:00.
Rejestratorka kazała wypisać dane na formularzu. Nie znoszę pojawiać się w nowych miejscach, zawsze z tego samego powodu...

- zrobił pan błąd w imieniu
- nie zrobiłem
- tak, zrobił pan
- nie, nie zrobiłem
- pominął pan literkę "e"
- celowo
- no to mówię właśnie, że zrobił pan błąd
- nie zrobiłem
- dowód pana proszę!
- jest przed panią...
- yyyy.... o, ma pan błąd w Dowodzie Osobistym
- gdzie?
- o tu, w imieniu
- nie, nie mam
- to jak się pan nazywa?
- Mark
- nie ma takiego imienia
- jest
- nie ma...
(...)

/dialog z rejestratorką Sarą/

15.2.2017 / godz. 12:04 / Psychiatra

Podczas terapii DDA przyznałem się do myśli samobójczej. Przebieg kolejnych zdarzeń wręcz bezbłędnie przewidziałem. Szkoda, że eksmisja ojca tyrana z mojego mieszkania nie trwa tak szybko jak przekierowanie mnie z jednej poradni do drugiej.
Dziś miałem wizytę w Poradni Zdrowia Psychicznego. Pokój 33. W kolejce do rejestracji wepchnęły się przede mną dwie osoby. W takich chwilach wyraźnie widzę jak słaby jestem i nie potrafię reagować na wyrządzaną mi niesprawiedliwość. Wizyta trwała 30 minut (w tym czasie widziałem i doświadczyłem tylu błędów jatrogennych, że przestałem się dziwić, dlaczego ludzie odbierają sobie życie). Po zebraniu szczegółowych danych i ogólnego wywiadu, Pani dr Psychiatra słuchała mojego monologu jednych uchem, w międzyczasie uzupełniając sobie kartotekę poprzedniego pacjenta i zaglądając już do dokumentacji kolejnego. Odebrała dwa telefony dyktując mężowi listę zakupów. Dodatkowo do gabinetu co 5 minut wchodziła pani rejestratorka donosząc systematycznie teczki rejestrujących się pacjentów i rzucając w kliku słowach, kto się zgłosił i dlaczego. Ze 20 razy przerywałem swój monolog i co raz trudniej było mi wracać do rozpoczętego wątku. Dałem sobie spokój. Przerwałem. Zanim się zorientowała, że milczę i nadal jestem w gabinecie, minęło z 5 minut. Nieźle, co? 
Podniosła głowę znad biurka, spojrzała na mnie, przemówiła:
- Pan pracuje w Szpitalu, ja stawiam Panu F34.1... Pan wie...
Po czym wypisała mi receptę na lek Seronil (200 sztuk, po 10 mg), podała, kwitując przy tym znowu:
- Pan pracuje w Szpitalu, Pan zna...
Kazała się zapisać na kolejną wizytę w ostatnim tygodniu kwietnia. Żadnego podsumowania, rozwiązań, wyjść, porady, wsparcia. Proszki i spieprzaj.
Leków nie wykupię. Nie będę zażywał. Pierniczę wszytko! Mam serdecznie dość. Wizyta w PZP zamiast pomóc, pomnożyła myśli, by zejść z tego świata.

16.2.2017 / godz. 0:00 / Ojciec

Boję się. Ojciec wygraża mi się bardzo. Kawał nieobliczalnego skurwysyna z niego. Czuję sie rozbity. Tyle osiągnąłem, tyle wywalczyłem, a to wszystko potrafi zostać zmiażdżone jego pijackim bełkotem. Tak bardzo się staram by odzyskać silę i namiastkę normalnego życia, a tu na nowo cios, cios, cios. Moj ojciec to psychopata. Poważnie. Przez to co on wyczynia zawsze będę się czuł sparaliżowany strachem jak bezbronne dziecko. Nie widzę dla siebie żadnej nadziei.

16.2.2017 / godz. 10:43 / Dół

Nie. Proszę, nie... Nie. Tylko nie to.
Teraz już mi się wszystko posypało. Jeszcze trochę, a zacznę pić jak mój ojciec. On nie ma żadnych problemów. Szybko analizując, bez samochodu będę spędzał 16 godzin poza domem. Nie dam rady. Pakuję się. Od jutra nocuję w szpitalu.

17.2.2017 / godz. 10:57 / Praca

Usłyszałem od pacjentki coś pięknego: "Pan jest moją latarnią morską".
Boże, jak mi miło... :)

17.2.2017 / godz. 11:07 / Praca

Już kolejny rok odkładam złożenie wniosku do USC, ale dziś przelała się szala goryczy, gdy nowa pani salowa zwróciła mi uwagę: "Ma pan błąd na identyfikatorze". Nie, cholera, nie mam! Wybiorę się w przyszłym tygodniu do USC celem zorientowania w sprawie odpowiednich dokumentów i poprawnego podania.

18.2.2017 / godz. 12:32 / FILMY Sport

Moje podejście na siłownie nr 2.
Na "dzień dobry" ta sama grupa ćwiczących, co ostatnio. Super. Oczywiście od razu wywalili mnie na salę do ćwiczeń dla pań. Spoko, może to jakaś forma kocenia dla nowych? Nie wiem. Smutna, blue sala, z plakacikami na skalę tych propagandowych z czasów II Wojny Światowej, naturalnie w j.ang. żeby bardziej szpanersko było. Sprzęt bardzo dobry. Zacząłem ćwiczyć, a tu się zwala za mną kilku karków z jakimiś święcącymi napojami w ręku. Wszyscy z dziarami, ich przedramiona były wielkości mojego uda.
Myślałem sobie: "dostanę dzisiaj wpierdol jak nic".
Ćwiczyłem, skakałem starając się ich nie zauważać co było trudne, bo byli duzi, dość agresywni i głośni. W pewnym momencie jeden z nich (chyba przywódca bo największy) rzucił do mnie: "HEJ TY!", myślałem, że to już mój koniec, a ten dodał... "ławeczkę sobie dosuń to będzie łatwiej". Zrobiłem grzecznie jak kazał i faktycznie było lżej. Podszedł, przedstawił się, wypytał mnie kim jestem, skąd i czym się zajmuje. Chyba dobrze wypadłem, bo można powiedzieć, że od dziś się kumplujemy. Na odchodne rzucił, że następnym razem będę mógł ćwiczyć na "ich" sali. Miło.


19.2.2017 / godz. 12:24 / DDA

Jestem wściekły! Terapeucie na spotkaniu DDA, nie podobają się moje relacje z przyjacielem. A to ciekawe, co?
Mając dużo starszego przyjaciela zostałem posądzany o konflikt edypalny polegający na zaspokajaniu nieobecności ojca osobą starszego przyjaciela. Jeśli nawet to prawda, to co? Zbrodnia to jest? Ojciec nie poświęcił mi żadnego dobrego czasu, nigdy nie wyszedł na przeciw moim potrzebom, poniżał i maltretował.
Mój przyjaciel wspierał mnie gdy byłem nieletni przez wytworzenie dobrej i wspierającej relacji emocjonalnej pomiędzy dzieckiem, a dorosłym. Był moim mentorem, stanowił dla mnie wzór do naśladowania, pomagał mi organizować czas wolny, dawał wsparcie edukacyjne, pomagał w rozwiązywaniu mniejszych i większych problemów, wysłuchiwał i bronił przed biciem.
A teraz dowiaduję się na Terapii DDA, że to nie zdrowa relacja, bo zbyt duża różnica wieku nas dzieli. I dopytywano mnie, czy aby nie byłem w jakiś sposób molestowany przez niego w dzieciństwie... Hello...!? Bo w pysk dam za takie słowa! Facet 16 lat pilnował bym nie został narkomanem i nie skoczył z bloku, kiedy ojciec mnie gonił z nożem. Chodził na zebrania i podpisywał wyjazdy na wycieczki szkolne i kolonie, a ojciec w czasie mojej nieobecności nie zorientował się, że mnie 2 tygodnie w domu nie było. Tak, pomieszkiwałem u niego i tak, karmił mnie, dostarczał witamin i dzięki niemu mam 180 cm wzrostu, a nie 160 z niedożywiania. Leczył mnie kiedy byłem chory, jeździł ze mną po lekarzach. Był cierpliwy w okresie dojrzewania i mojego buntu. Pomagał w odrabianiu lekcji, wspierał bym poszedł do liceum, a nie do zawodówki, nie odpuszczał w przygotowaniach do matury. Czytał mi książki. Dawał pieniądze, gdy chciałem gdzieś wyjść z kumplami. Kupował ubrania i buty. Tak, to dzięki niemu zawsze miałem suche buty. Leczył prywatnie moje zęby. Boże, długo by wymieniać... On jest moim bohaterem, moim filarem. Bez niego bym upadł. I co z tego, że jest stary? Gdyby nie różnica wieku i jego możliwości z racji wieku i zainteresowanie mną, jestem pewny, że byłym teraz na miejscu ojca, albo ś.p. matki. Jest stary, ok i dobrze, teraz ja się mu rewanżuje za dobre dzieciństwo i za poświęcony czas. Za miłość. To ja zabieram go na wycieczki i opiekuję się jeśli jest chory, zabieram go do jego rodziny, która mieszka na drugim końcu Polski. Wiosną, latem jesienią pomagam w ogrodzie. Pilnuje jego psów i jeżdżę z nimi do weterynarza. Kupuję mu jedzenie i zabieram do kina. Będę mu do śmierci wdzięczny, za wszytko. 
Zrezygnuję z Terapii DDA, jeśli jeszcze raz usłyszę, że powinienem zakończyć naszą przyjaźń. 
(foto 07/2016)

20.2.2017 / godz. 0:00 / Ludzie

Zapytałem tę dziewczynę, której mam towarzyszyć na zabawie karnawałowej, jaki kolor sukienki będzie miała (by założyć w podobnym odcieniu krawat). Odpisała krótko na sms: "Czarną". Hm. Czarny krawat, poza pogrzebem, raczej nie pasuje. Nie długo musiałem się zastanawiać, co w takiej sytuacji zrobić, bo dopisała w kolejnej wiadomości sms: "Jeśli chcesz założyć krawat psujący do mojej sukienki, to jesteś pantoflarz! Takie coś, to szczyt wieśniactwa. Prawdziwy samiec nie ulega kobiecie. Pewnie jakbyś był laską, to ubierałbyś buty pod kolor torebki. Pa."
Szczęka mi opadła. Hola hola, niech uważa na słowa, bo to ona nie ma z kim iść potańczyć! Taka jest "super", że kolejny raz nikogo innego nie namówiła, by jej towarzyszył. Ma szczęście, że nie łamię słowa, bo inaczej bym się wycofał. Szczyt bezczelności, serio. Nie pierwszy raz jej ratuje skórę, ale na pewno ostatni. Koniec. Niech szuka na przyszłość innego frajera.

I jeszcze jedno - krótką pamięć ma, bo zapomniała już o moim poświeceniu, gdzie w 2015 roku na jakąś imprezę kostiumową założyłem na jej wielką prośbę muzealny kapelusz i staromodne okulary. Do dziś mam traumę.

20.2.2017 / godz. 8:08 / Refleksja

Słowa mojego przyjaciela: "(...) bo widzisz, dziecko, oni wszyscy chcą Ci zabrać kule, a Tobie trzeba zabrać pistolet. Ja pilnuję byś go nie wyjmował z kabury". - komentarz na temat mojej wczorajszej wizyty na terapii DDA. Nie znam mądrzejszej osoby niż on.

20.2.2017 / godz. 21:52 / Spokój

Włosy :) coraz dłuższe. Poświęcenie. Wyjście na zabawę za kilka dni. 
Zaraz po karnawale zetnę je tak jak lubię :) Yeey!

20.2.2017 / godz. 22:01 / Praca

W pracy (ordynator do mnie):
- weź się nie gol chłopcze, bo bez brody, wyglądasz jak nieletni pacjent naszego Oddziału, a nie personel. Na moim dyżurze proszę mieć zarost.
- Yyyyy...?

21.2.2017 / godz. 22:33 / Ojciec

Zostałem nazwany dziwką i uderzony w głowę i twarz jakimś przedmiotem. Kilka razy. Mam nadzieję, że nie będę miał śladu. Boli... Obecnie (22:35) przykładam lód w potłuczone miejsca i zastanawiam się co dalej? Co dalej...?

ARCHIWUM:

2018
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

KATEGORIE:

Praca (25)
Refleksja (25)
Spokój (22)
Ludzie (22)
Dół (15)
DDA (12)
Ojciec (10)
Lęk (9)
FILMY Sport (5)
Sąsiedzi (4)
Kamienica (4)
Brat (4)
Psychiatra (1)
Foto różne (1)